VORTAL BHP
Aktualnie jest 945 Linki i 255 kategori(e) w naszej bazie
WARTE ODWIEDZENIA
 Co nowego Pierwsza 10 Zarekomenduj nas Nowe konto "" Zaloguj 16 stycznia 2019
Na stronie obecnie przebywa...

Obecnie jest 32 gości i 0 użytkowników online.

Możesz zalogować się lub zarejestrować nowe konto.

Kontakt z nami

+48501700846
+48501700846

Masz problem z BHP,szukasz odpowiedzi z BHP?
Szybko otrzymasz poradę
zadzwoń  lub napisz na maila.


Robert Łabuzek

Menu główne


Wpisz słowo i szukaj w serwisie



DODAJ STRONĘ DO NASZEGO KATALOGU


BHP TESTY

BHP TESTY BHP TESTY

Google

Przeszukuj WWW
Szukaj z www.bhp.org.pl

Czy artykuł w NIE spowodował samobójstwo ks.Korodeckiego byłego spowiednika Prym Autor : Edward
Ciekawe tematy - Nie tylko BHP Spowiednik Tysiąclecia

Gwiazdor Zbigniew Zamachowski w filmie "Prymas – trzy lata z tysiąclecia" kreował postać świętego niemal człowieka. Poczytajcie opowieść o tym bohaterze Kościoła i filmu. Dowiecie się o tym, czego nie pokazano w kinie.

Był to człowiek gorącej wiary, niemal uczuciowej modlitwy, kochający Kościół święty, oddany mu całym życiem. Ksiądz miał wybitne powołanie kapłańskie, które kochał całą duszą. Poziom duchowy księdza był o wiele wyższy od wysokiego.

Jeszcze dobrze komży nie ściągnąłeś, już za jaja cię trzymał, już wiedział, kogo będzie brał pierwszego, w tej no... zakrystii. Nieraz jak z tacą przyszedł z kościoła, nie, to zawsze nas wołał, wysypywał pieniądze na stół. Taca pieniędzy cała, kurwa, papierowe sobie, te wyjebał i my grali w karty. I tak każdego sobie wybierał, po kolei. Normalnie sadzał na krześle, majtki ściągał i normalnie walił. Walił i chuj.

Czy to możliwe, żeby obie te – jakże różne – charakterystyki dotyczyły tej samej osoby?

Możliwe. Pierwsza pochodzi od samego Prymasa Tysiąclecia, druga to wspomnienia prostego chłopaka z Lubaczowa, byłego ministranta. Obie dotyczą księdza kanonika Stanisława Skorodeckiego, spowiednika Stefana Wyszyńskiego i przyjaciela Jana Pawła II.

Pojechaliśmy do Lubaczowa, by porozmawiać o księdzu Skorodeckim.

– Małe gówniarze wołały za księdzem na ulicy: "pedał". On nawet się nie oglądał, tylko prosto do chałupy szedł. Skorodecki nie miał daru do kobiet w ogóle. Tylko chłopcy i tyle. Pogłaskał po głowie, pogłaskał i wio – wspominają w Lubaczowie. Z zażenowaniem, ale bez przejęcia, bo tajemnica żadna. To wszyscy wiedzieli. Mówili tylko "a, ten pedał" – opowiada nasz rozmówca. Nazwijmy go Piotrem.

Piotr był ministrantem u Skorodeckiego przez siedem lat. Od trzeciej klasy podstawówki do ósmej. Rachunek się nie zgadza, bo dwa razy nie zdał. Ósmej klasy nie dosłużył do końca, zabrakło mu odwagi.

– Raz w tej kanciapie u księdza nie było zamknięte. Wszedłem tam po coś, już nie pamiętam, i widziałem jak Zenek Ryszewski jebie księdza.
On był pochylony, a ten z tyłu za nim. Uciekłem.

Do służenia Bogu u boku księdza Skorodeckiego chłopców zachęcali starsi koledzy ministranci. Oni byli jego pupilami i werbownikami. Mieli klucze do jego domu, dostawali pieniądze. Wieść niesie, że ich zabawy z księdzem przybierały wymiar mniej delikatny niż petting, czyli pieszczoty ręką.

– Kozioł to non stop był tam u niego, non stop. On go w dupę walił jak nic. Ten to miał kutasa, nich go krew zaleje, ze trzydzieści centymetrów albo lepiej. On takich właśnie szukał, który ma większego.

– Ale który którego walił?

– Kozioł księdza. W dupę. A Zbyszek Kot to był drugi jego pupilek. On normalnie brał chuja w pysk i mu druta ciągnął.

– Komu, księdzu?

– No a jak? Normalnie brał picia w pysk i ciągnął jak w burdelu, kurwa.

– Pan to widział?

– Ojej, nieraz...

Wielebny starannie dobierał ministrantów. Prawie wszyscy byli z wielodzietnych rodzin, z najbiedniejszej ulicy w Lubaczowie. Ksiądz zawsze miał 8–10 chłopaków w wieku od
9 do kilkunastu lat.

– On miał jednego takiego stałego klienta, cały czas, cały czas mu walił. To tamten mnie namówił na ministranta. Jak przyszedł świeży, to brał osobno. I za jaja... I do siebie do kanciapy. Nieraz człowiek normalnie się spuścił w majtki, zanim on kurwa, ten...

– Cały czas mówimy o księdzu Skorodeckim?

– O Skorodeckim, o Skorodeckim.

Ulubieńcy księdza Skorodeckiego nie mieli źle. Po niedzielnej mszy wysypywał na stół drobne pieniądze z tacy. Banknoty zabierał, monety zostawiał. Dawał dzieciakom karty i grali.

– W oko. Kasa była, cukierki były, my mieli wszystko, co tylko było. Jak my szli po pieniądze, to mało się nie pozabijali. Każdy brał jak najwięcej, żeby grać.

– Graliście na pieniądze i kto wygrywał, ten zabierał?

– No a jak. Ten zabierał. Nie żeby jemu wrócić, tylko do kieszeni i do domu.

– Ksiądz nie chciał, abyście mu zwracali?

– Nie, nigdy w życiu, absolutnie. On brał tylko grube pieniądze, a reszta drobnych na stół.

Gdy ministranci rozgrywali partyjki, ksiądz dosiadał się do nich i wybranemu małolatowi wkładał ręce w majtki, targał za jaja. Czasem dwóm chłopcom naraz. Reszta udawała, że nic nie widzi.
Potem wybierał jednego i szli do drugiego pokoju.

– Guziki w sutannie tylko rozpinał, a tych guzików od chuja było, guzik obok guzika. Nie miał slipów, tylko takie rajtki, długie po kolana jak spodenki.... Nieraz picek tak puchł, że aż piekł, niech go krew zaleje. Nieraz jak od niego wychodzili z kanciapy, to tak, o, się za jaja trzymali.

– Jak wziął takiego jednego małolata do drugiego pokoju, to pół godziny trzymał. Wypuszczał i szukał drugiego przy stole.

Wszystko odbywało się w parterowym drewnianym domu przy ulicy Świerczewskiego 14, dziś
ulicy Prymasa Wyszyńskiego. Ksiądz mieszkał tu przez kilka lat po wyprowadzce z plebanii.

U swego spowiednika prymas Wyszyński bywał w Lubaczowie – oficjalnie i prywatnie. Widziano, że witał się z ks. Skorodeckim wylewnie.

Ksiądz miał wideo. Puszczał im – jak mówi Piotr – "pornusy".

– On tych kaset miał, Boże. Siedziało dziesięciu w pokoju, on brał jednego i do drugiego pokoju, a reszta oglądała normalnie. Ciastka nam dawał, cukierki...

– Czy ksiądz wam jakoś tłumaczył swoje zachowanie?

– Mówił tylko, żeby nic nie gadać.

– Nie tłumaczył, dlaczego łapie za jaja?

– Nie.

Ministranci z góry wiedzieli, że co najmniej jeden będzie musiał się zabawiać z księdzem przy okazji niedzielnego spotkania. Godzili się na to. Dawał im przecież słodycze, jedzenie i kasę. Ich rodziny dostawały mąkę, olej, cukier, konserwy i co tylko wtedy przychodziło z darów. Jeździli po to wózkami w wyznaczone dni. Mogli sobie wybrać po parze butów. To były lata 80., Kościół dysponował darami. W niektórych rodzinach ministrantów mąkę świnie żarły, a psy i koty – konserwy.

– Tak dobrze im się żyło ze Skorodeckim – zapewnia jeden z rozmówców.

Było tak: w nocy jechał ktoś wyznaczony przez księdza do chałupy naprzeciwko jego domu przy Świerczewskiego (tam pewna pani prowadziła księżowski skład z darami) ciągnikiem z przyczepką, a później wracał do stodoły i dzielił te dary. Ci, co się ociągali z obciąganiem księdzu, darów nie oglądali. W kolejkę po dary zapisywał ksiądz.

Aktywna miłość bliźniego ks. Skorodeckiego trwała do 1986 r. Skandal zrobił się dopiero wówczas, gdy kanonik dobrał się do nie dość dyskretnego chłopaka. Początkujący
ministrant poskarżył się w domu. Matka wpadła do kościoła po mszy.

– Ty pedale, ty chuju – krzyczała – co z ciebie za ksiądz?! – On uciekł i zamknął się w domu. To było w dzień. Widziało to wiele ludzi.

Zbyt wielu. Niedługo potem biskup Marian Jaworski pogonił Skorodeckiego na drugi koniec Polski – do Szczecina. Dalej się nie dało.

Kilku z dawnych ministrantów Skorodeckiego ma dziś pojebane życie i problemy ze sobą. Dwaj dawniejsi parobcy księdza to teraz alkoholicy, którzy czasem lubią się zabawiać z facetami na łące nad rzeką. Niektórzy problemów nie mają. Były przełożony ministrantów mieszka i pracuje we Włoszech. Jego ciotka jest tam zakonnicą.

– Spotkałem tego jednego, co we Włoszech jest. Zapytałem: "Co, pedałku?". Odwrócił się i poszedł. Nawet papierosem nie poczęstował.

Skorodecki to w Lubaczowie postać niemal święta, mimo że ludzie wiedzą, iż ksiądz molestował seksualnie ministrantów. Plotkują też, że był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. W Lubaczowie można usłyszeć, że miał pseudonim "Wanda" i był jednym z najlepszych TW w dawnym województwie przemyskim.

Gdy do Lubaczowa przybył w 1991 r. papież, ks. Skorodecki przyjechał aż ze Szczecina, aby długo i publicznie na oczach tłumów obściskiwać się z Głową Kościoła.

Do Szczecina, gdzie obecnie 83-letni kanonik mieszka i uczy łaciny w jednym z liceów, roz-mawiać z Wielkim Człowiekiem przyjeżdżają dziennikarze, filmowcy, młodzież, przedstawiciele władzy. 14 listopada 1999 r. ks. Skorodecki obchodził 80. urodziny na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Życzenia przysłały kancelarie Sejmu i Senatu, Prezesa Rady Ministrów, MSW, MSZ, władze Szczecina i województwa. Księdzu kanonikowi Skorodeckiemu hołdy składały również
osoby prywatne i niezliczone organizacje. Podczas tego spotkania burmistrz Lubaczowa, człowiek z SLD, wręczył Skorodeckiemu akt nadania tytułu Honorowego Obywatela Miasta.

Pytam dawnego ministranta u księdza-pedofila:

– Chodzi pan do kościoła?

– Nie. W Boga wierzę, pacierz mówię, ale nie chodzę. W chuja księdza nie wierzę.

– Jak by pan dziś spotkał ks. Skorodeckiego, to co by pan mu powiedział?

– Nic. Pochwalony i już. Ja się normalnie wstydzę.

Pedofilię księży papież gromko ganił, Kościół przepraszał. Ministrantom z Lubaczowa nikt nie przekazał przeprosin.

Stanisław Skorodecki został księdzem 6 stycznia 1945 r. Święcenia przyjął z rąk metropolity krakowskiego, księcia kardynała Adama Stefana Sapiehy. Najpierw trafił do Mielca, gdzie był prefektem diecezjalnego internatu, a następnie do Ropczyc pod Rzeszowem. Tu UB oskarżyło go o to, że przewodził zbrojnej bandzie ministrantów, dążąc do obalenia ustroju siłą.Został aresztowany podczas kolędy na początku lat 50. i skazany na 10 lat. Trafił najpierw do Rawicza, później do Stoczka Warmińskiego, a następnie do Prudnika Śląskiego. Był współwięźniem i powiernikiem prymasa Wyszyńskiego.

W jednej z wielu rozmów, które odbył z dziennikarzami "Gazety Wyborczej", wspominał, że bał się, aby prymas nie uznał go za szpicla nasłanego przez UB. Każdy, kto choć trochę orientuje się, jak działał tamten system, może zresztą się domyślić, że kardynał podejrzewał, po co Skorodeckiego uczyniono jego współtowarzyszem uwięzienia.

Kardynał wyspowiadał Skorodeckiego i odtąd siedzieli sobie razem kilka lat. Ksiądz Skorodecki stał się "opanowanym i silnym duchowo kapłanem, spowiednikiem i przyjacielem kardynała, jego największym uczniem, ostoją i wzorem dla współwięźniów". Tak napisał o nim prymas Wyszyński w swoich "Zapiskach więziennych". Kilka lat temu ks. Skorodecki napisał książkę "Byłem świadkiem".

Wypuszczono go na wolność 28 października 1956 r. Trafił do Tarnowa (był katechetą i instruktorem harcerskim), a następnie do arcyważnej placówki dla Kościoła w ówczesnych latach – do Archidiecezji Lwowskiej, czyli do Lubaczowa. Działał tu 20 lat – w latach 1966–1986. Najpierw w parafii św. Stanisława, a następnie u św. Mikołaja. Był proboszczem i dziekanem lubaczowskim. W 1972 r. został też kanonikiem kapituły w Lubaczowie. Pełnił ważne funkcje w Kurii Arcybiskupiej. Dziś jest emerytem, ale naucza w liceum.




A taki tekst jak poniżej zamieściła Rzecpospolita
W Bałtyku utonął ks. Stanisław Skorodecki, spowiednik Stefana Wyszyńskiego
Tajemnicza śmierć księdza


Jacek Żakowski, autor "Mrocznych wnętrz", książki o prymasie Stefanie Wyszyńskim, na którą złożyła się również rozmowa z ks. Skorodeckim
Kapelan Prymasa Tysiąclecia
KSIĄDZ STANISŁAW SKORODECKI: Szkoła życia i miłości
Rozmowa z dr Janem Żarynem, historykiem z Biura Edukacji Publicznej IPN: Gra bez wyboru




Ksiądz Stanisław Skorodecki, spowiednik i przyjaciel Prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego, utonął podczas środowej kąpieli w Bałtyku. Dwa dni wcześniej tygodnik "Nie", na pierwszej stronie, oskarżył ks. Skorodeckiego o pedofilię.


83-letni ksiądz Skorodecki, znany jako spowiednik i przyjaciel prymasa Wyszyńskiego, spędzał miesięczny urlop w pensjonacie "Perła" w miejscowości Rewal nad Bałtykiem. Przyjeżdżał tam co roku, od kilku lat. Środa miała być ostatnim dniem jego wypoczynku, torby w pokoju ks. Skorodeckiego były już spakowane.

- Z planu dnia, zostawionego na biurku w pensjonacie, wynika, że ks. Skorodecki wstał o szóstej rano, planował przechadzkę i kąpiel w morzu, potem miał się pojawić na śniadaniu i porannej mszy świętej. Następnie wikary miał go zawieść do Szczecina. Jednak ks. Skorodecki nie przyszedł na śniadanie. Wtedy rozpoczęto poszukiwania - opowiada "Rzeczpospolitej" biskup Marian Kruszyłowicz z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Kwadrans po ósmej jeden z pracowników ośrodka znalazł na plaży ubranie duchownego. Chwilę później zobaczył w morzu ciało księdza.

- Przybyły na miejsce lekarz stwierdził utonięcie bez udziału osób trzecich. Na ciele nie było obrażeń - powiedział nam podinspektor Ireneusz Ścisłowski z policji w Gryficach.

- Początkowo podano wiadomość, że utonął. Był jednak ubrany w krótkie spodnie i koszulkę. Więcej będziemy wiedzieć po sekcji zwłok, którą zaplanowano na piątek - powiedział biskup Kruszyłowicz.

Z informacji, które udało się nam zebrać w pensjonacie "Perła", wynika, że ksiądz miał zwyczaj wstawać o świcie, spacerował, zdarzały mu się również poranne kąpiele w Bałtyku.

Sprawę śmierci ks. Skorodeckiego bada prokuratura w Gryficach.

- Przesłuchamy pracowników ośrodka i gości, żeby dowiedzieć się, jak wyglądały ostatnie dni księdza - zapowiedziała Anna Gawłowska-Rynkiewicz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.

Nie jest jasne, czy śmierć księdza można wiązać z tekstem, który opublikowało "Nie".

W dużym materiale wydrukowanym na pierwszej stronie "Nie" oskarżyło ks. Skordeckiego o pedofilię. Tygodnik, używając wulgarnego języka, napisał, że Skoredecki w latach osiemdziesiątych współżył z młodocianymi ministrantami w Lubaczowie.

Lubaczów: wszyscy zaprzeczają

Wczoraj, gdy do Lubaczowa dotarła wiadomość o śmierci księdza Skorodeckiego, parafianie, głównie starsi, zaczęli gromadzić się w kościele św. Stanisława, w drugiej lubaczowskiej parafii, w której pracował ksiądz Skorodecki, by modlić się za duszę zmarłego. W miasteczku trudno znaleźć osobę, która powiedziałyby złe słowo o spowiedniku prymasa Wyszyńskiego.

- Opowiadano mi o plugastwach, które napisała jedna z gazet o księdzu Skorodeckim. Ja byłem ministrantem księdza przez wiele lat, od szóstego roku życia, gdy był wikarym, a następnie proboszczem parafii św. Stanisława. Mam żonę, dzieci, wnuki. Jak widać, tych wiele lat wspólnie spędzonych z księdzem nie wpłynęło na mnie ujemnie - mówi Wojciech Mamczur. W jego ocenie to był wielki kaznodzieja, który dbał o kościół i młodzież, aby miała zajęcie i nie poddawała się komunistycznej ateizacji. - Aby młodzieży nie zmuszano do czynów partyjnych, zabierał ich na obozy, spotkania do Częstochowy - dodaje Mamczur.

Gdy ksiądz Skorodecki przyjechał do Lubaczowa, zamieszkał w wynajętym domu przy Sienkiewicza 14, dziś ulicy Stefana Wyszyńskiego. Bronisław Kosz, który mieszka teraz w tym domu, ostatni raz widział księdza Skorodeckiego w czerwcu tego roku we Lwowie, na święceniach biskupich. Wcześniej w 1985 roku razem byli na pielgrzymce w Rzymie. - Mieszkam tu już dobrych kilka lat i nigdy złego słowa nie słyszałem o księdzu Skorodeckim. Dopiero przed kilkoma dniami coś tam ludzie zaczęli szemrać - opowiada Bronisław Kosz.

Starsi lubaczowianie wspominają księdza jako wielkiego patriotę, cieszącego się ogromnym autorytetem wśród mieszkańców. - On mówił tak piękne kazania, że wierni płakali - wspomina Katarzyna Huk. W historii Lubaczowa, którego przed kilku laty został honorowym obywatelem, zapisał się jako dobry organizator, który za komuny potrafił dogadać się nawet z partyjnymi, by załatwić np. materiały budowlane.

- On tak kochał młodzież, szczególnie ministrantów, i tyle serca wkładał w wychowanie młodych. Miał podejście do młodzieży, jak mało który ksiądz. Nawet jak źle postępowali, to był wyrozumiały, potrafił przytulić ludzi w potrzebie - wspomina Łucja Dawidowicz z Załuża pod Lubaczowem, która pomagała w kościele w parafii św. Mikołaja w Lubaczowie w czasach, gdy proboszczem był ksiądz Stanisław Skorodecki.

U świętego Ottona

- Sami się zastanawiamy, czy jest związek między śmiercią ks. Skorodeckiego i tym brutalnym atakiem tygodnika "Nie". Tego nie wiemy. Swoją drogą tylko Urban może sobie pozwolić na taki styl, na taki knajacki język - powiedział biskup Marian Kruszyłowicz z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Ostatnie trzy lata emerytowany ksiądz Skorodecki spędzał w szczecińskiej parafii św. Ottona. - Był lubianym przez wiernych spowiednikiem, organizował duszpasterstwo dla emerytów i rencistów. Ksiądz Skorodecki przez ostatni miesiąc był na urlopie. Nie kontaktowaliśmy się. Nie wiem, czy w ogóle wiedział o tekście, który na jego temat napisało "Nie" - powiedział nam ks. Jan Zapartek, proboszcz parafii św. Ottona.

W kiosku obok ośrodka, w którym odpoczywał ksiądz, nie było żadnego problemu z kupieniem tygodnika "Nie". Kioskarka nie zauważyła wzmożonych zakupów tego tytułu. Sama nie miała pojęcia, że pismo wydrukowało tekst o księdzu Skorodeckim.

Michał Majewski, Józef Matusz, Michał Stankiewicz




Jacek Żakowski, autor "Mrocznych wnętrz", książki o prymasie Stefanie Wyszyńskim, na którą złożyła się również rozmowa z ks. Skorodeckim.
Ksiądz Skorodecki był postacią tragiczną i dla mnie niejednoznaczną. Ale uwięzienie wraz z prymasem Wyszyńskim wplątało go w sytuację, której sprostać (o tym jest moja książka) było chyba nie sposób. Myślę, że ta próba wyznaczyła całe jego życie aż do samego końca. Tuż przed śmiercią mógł przecież przeczytać w "Nie" niespotykanie ohydny artykuł na swój temat. A gdyby nie lata spędzone przez Skorodeckiego w więzieniu z Wyszyńskim, taki poniżający i upokarzający artykuł zapewne by się nie ukazał. Bo - bez względu na to, jakie ktoś ma czy mógłby mieć grzechy na sumieniu i jaka jest obiektywna prawda - tak pisać o ludziach nie wolno.




KAPELAN PRYMASA TYSIĄCLECIA
Ksiądz Stanisław Skorodecki zasłynął jako kapelan i spowiednik uwięzionego prymasa Stefana Wyszyńskiego. Historia zetknęła ich w 1953 roku na prawie trzy lata. Później, do końca życia prymasa, łączyły ich przyjacielskie kontakty. Współczesnemu pokoleniu postać ks. Skorodeckiego przypomniał poświęcony kardynałowi Wyszyńskiemu film Teresy Kotlarczyk "Prymas. Trzy lata z tysiąca". Ks. Skorodecki, którego grał Zbigniew Zamachowski, był konsultantem filmu.

Kiedy w 1953 roku poznał prymasa, od dwóch lat był już więźniem, od ośmiu księdzem. Urodzony we Lwowie w 1919 roku, wstąpił do tamtejszego seminarium duchownego. Świecenia otrzymał w Tarnowie na początku 1945 roku. Po wojnie pracował jako wikary w parafii w Mielcu Ropczycach. Uczył religii i prowadził Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży. Tam też w 1951 roku został aresztowany przez UB za prowadzenie antypaństwowej działalności wśród młodzieży. Pretekstem był "sabotaż" młodych, którzy podczas jakiejś uroczystości szkolnej wyłączyli mikrofony. Skazany został na dziesięć lat więzienia. W 1953 roku z więzienia w Rawiczu został przewieziony do Stoczka Warmińskiego, gdzie został kapelanem i spowiednikiem. W 1955 roku, gdy prymasa Wyszyńskiego przewieziono do Komańczy, ks. Skorodecki został odwieziony do Rawicza. Rok później został zwolniony i zrehabilitowany. Do 1986 roku pracował w Tarnowie, gdzie był prefektem szkół średnich, później w Lubaczowie jako wikary, proboszcz, katecheta, pracownik kurii. Następnie został przeniesiony do archidiecezji szczecińskiej, od 1991 roku był proboszczem w tamtejszej parafii katedralnej św. Jakuba. Kilka lat temu opublikował książkę "Byłem świadkiem", w której wspominał m.in. czas, jaki spędził z prymasem.

Przed rokiem, kiedy IPN podjął śledztwo w sprawie uwięzienia prymasa Wyszyńskiego, pojawiły się informacje, że ks. Skorodecki był informatorem UB o pseudonimie Krystyna. Pisał o tym, na podstawie akt MSW, prof. Wiesław Władyka w książce "Osaczony prymas". Ks. Skorodecki odrzucił te podejrzenia, a w przesłanym do mediów katolickich liście napisał: "Oświadczam z ręką na Krzyżu Chrystusa Pana i jego świętej Ewangelii, na moje wieczne zbawienie, że nigdy nie byłem żadnym źródłem ani informatorem władz MSW. Wobec księdza prymasa mam czyste sumienie".

E.CZ., PAP




Szkoła życia i miłości



W więzieniu ks. Skorodecki był nie tylko spowiednikiem ale i przyjacielem prymasa Stefana Wyszyńskiego. Do końca życia utrzymywali serdeczne kontakty. Na zdjęciu ks. Skorodecki obok prymasa



KSIĄDZ STANISŁAW SKORODECKI

Widocznie los tak chciał. A może nie los, bo losem też przecież kieruje Pan Bóg. Kiedy w 1953 roku zostałem skazany na dziesięć lat więzienia za działalność antypaństwową wśród młodzieży, miałem szczęście znaleźć się na drodze krzyżowej księdza Prymasa Tysiąclecia. "Droga krzyżowa" - tak w moim odczuciu trzeba nazwać okres uwięzienia księdza prymasa od września 1953 aż do października 1956 roku.

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z księdzem prymasem. Była noc, jakiś funkcjonariusz wprowadził mnie do więziennej celi. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, kto w niej siedział. Zobaczyłem człowieka w długiej pelerynie, z różańcem w ręku. Strażnik przedstawił mnie z imienia i nazwiska i powiedział: "To będzie kapelan księdza prymasa". Ksiądz prymas wyraził zdziwienie, grzecznie, kulturalnie. "Kapelanów to ja sobie wybieram i mianuję sam - powiedział. - To będzie mój towarzysz więzienia".

Wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo niezręczna jest moja sytuacja. Byłem pełen trwogi i niepokoju, że ksiądz prymas pomyśli: sprzedawczyk, przebrany kapłan, ubek w sutannie. Ale ksiądz prymas uspokoił mnie, przygarnął do siebie. - Bądźmy spokojni - powiedział - jesteśmy współwięźniami.

Znał wszystkie sprawy księży i pamiętał, że zostałem skazany za działalność wśród młodzieży. Pamiętał, że oskarżono mnie o buntowanie uczniów, o założenie organizacji antypaństwowej, która chciała przemocą obalić ustrój Polski Ludowej. Wiedział więc, że ma do czynienia z autentycznym księdzem.

Potem mieliśmy zawsze bardzo ciepłe, serdeczne stosunki. Wiele osób pisało, że prymasa otoczono donosicielami. To bzdura. Ten problem rozwiązano zupełnie inaczej. Wszędzie przecież była aparatura podsłuchowa - pod listwami w celach, w ścianach, w żyrandolach, nawet w ogrodzie, wszędzie też były światełka podglądowe.

Sam usłyszałem od komendanta, iż znalazłem się tam po to, przepraszam, cytuję dosłownie: "żeby świat nie wrzeszczał, że prymas nie ma do kogo - przepraszam - gęby otworzyć". A ksiądz prymas tej pierwszej nocy na pożegnanie powiedział: "Odpocznijmy trochę po tym wszystkim". Uniósł w ręce różaniec i dodał: "Ufajmy Bogu, Matka Najświętsza nas nie opuści. Ten różaniec nas stąd wyprowadzi".

Niezwykły nauczyciel

Pobyt z księdzem prymasem w odosobnieniu był dla mnie prawdziwą szkołą. W tej naszej dziwnej szkole otaczali nas nieżyczliwi ludzie. Ale nauczyciel był niezwykły. Prymas Tysiąclecia, sługa boży kardynał Stefan Wyszyński, książę Kościoła, członek kolegium kardynalskiego.

Szkoła ma zawsze plan zajęć, więc my też go mieliśmy. Ksiądz prymas zaproponował nam specjalny program. Przez cały rok wstawaliśmy o piątej rano. Potem były poranne modlitwy i wspólne rozmyślanie w malutkiej celi, którą nazywaliśmy umownie naszą kapliczką. Byle jaki stół sami zmajstrowaliśmy. Tabernakulum stanowił podniszczony futerał z kielicha, o który ksiądz prymas poprosił. Dostaliśmy pozwolenie na odprawianie mszy świętych, więc celebrowaliśmy je codziennie o 6.15. W jednym tygodniu ja odprawiałem, w drugim ksiądz prymas. O 8.15 - śniadanie. O godzinie 9.00, po skończonej modlitwie, wracaliśmy do cel i przystępowaliśmy do pracy - pisaliśmy, uczyliśmy się.

Przed obiadem znowu był brewiarz, po obiedzie spacer w więziennym ogrodzie i druga cząstka różańca. O 15.00 odmawialiśmy pozostałą część brewiarza i pół godziny później ponownie przystępowaliśmy do pracy. O 18.00 była wieczerza, potem jeszcze nabożeństwo różańcowe i modlitwy wieczorne. O 20.45 - lektura prywatna. O 22.00 kładliśmy się do łóżek. Święta były wolne od zajęć. Radowaliśmy się wtedy wspólnie liturgią dnia. Ten rozkład zajęć zaproponował ksiądz prymas i sumiennie sam go realizował. My z siostrą [Marią Leonią, również internowaną - red.] też go przyjęliśmy.

Wielki gest wielkiej wiary

Jakie przedmioty mieliśmy w tej nasze szkole? Przede wszystkim ksiądz prymas chciał nam wpoić przekonanie, że więzienie jest łaską. Nie było to łatwe. Zwłaszcza ja - młodziutki kapłan - byłem zbuntowany przeciwko tej prawdzie. Mówiłem do księdza prymasa: "Proszę Ojca, jak można więzienia nazywać łaską?". Ksiądz prymas odpowiadał, że jeżeli cierpi cały naród - inteligencja, robotnicy, rolnicy, młodzież, dzieci, kobiety - to trzeba, żeby Kościół też z nimi cierpiał. I prymas też.

Drugim przedmiotem w naszej szkole była praktyka życia wewnętrznego, a więc duchowość. Rozmyślania, medytacje różnego rodzaju, kontemplacje, modlitwy, próby czuwania. Spowiedź święta. Przeżyłem szok, gdy po rozpoczęciu wspólnej naszej drogi więziennej ksiądz prymas poprosił o spowiedź. Pomyślałem wtedy: "Jak ja, młody kapłan, mam być spowiednikiem człowieka o tak wielkiej kulturze duchowej?". Ale ksiądz prymas powiedział, że jesteśmy na siebie skazani, Pan Bóg chce naszego wspólnego bycia, więc będziemy się nawzajem spowiadali. Regularnie, co dwa tygodnie.

Kolejny przedmiot: pogłębianie nauki wiary i rozmowy na tematy teologiczne. Oczywiście wiązało się to z naszą wspólną modlitwą. Prymas był człowiekiem ogromnej wiary. Można się było uczyć, patrząc na niego i słuchając go, bo ten człowiek wierzył prawdziwie głęboko. Dzięki temu zachowywał nadzieję.

Następnym przedmiotem była miłość. Miłość Pana Boga, ponad wszystko, bez żadnych zastrzeżeń. Ta miłość towarzyszyła księdzu nieustannie, przejawiała się nawet w jego stosunku do ludzi, którzy go pilnowali. Ksiądz mówił: "Nikt mnie nie nauczył kogokolwiek nienawidzić". Z szacunkiem się odnosił do strażników. Siostra Maria Leonia, pseudonim Ptaszyńska, bardzo oczerniała w swej książce księdza prymasa, pisząc, że to było zakłamanie, perfidia itd. Absolutnie zaprzeczam temu. Myślę zresztą, że nie ona tę książkę pisała, że wszystko było tam spreparowane.

Kolejny przedmiot: maryjność. Prymas nazywany był często Prymasem Maryjnym. Sam mówił: "Wszystko postawiłem na Maryję". Oddał się dobrowolnie w niewolę miłości za wolność Kościoła. Wielki gest wielkiej wiary. Niewolnik pozbawiony podstawowego prawa do wolności osobistej, słowa, myśli, życia, działania wybrał dobrowolnie niewolę Maryi. Zamknął to w tych słowach: "Czyń ze mną wszystko, co zechcesz. Jeżeli mam umrzeć, jeżeli mam zginąć, jeżeli mam krew przelać - na wszystko jestem gotowy. Za wolność Kościoła nie tylko w Polsce, ale za wolność Kościoła na całym świecie". Był to ogromny gest.

Nauka przebaczania

Kolejnym przedmiotem była nauka przebaczania. Ksiądz prymas nigdy o nikim nie powiedział złego słowa. Chociaż doznawał wielu krzywd. Jego ojciec, niemal stuletni, ciężko zachorował. Ksiądz prymas strasznie to przeżywał. Nie pozwolono mu się z nim zobaczyć. Listy, które przychodziły, miały powycierane całe zdania, były pomazane. Ubliżało to podstawowej kulturze, tym bardziej że ksiądz nie miał żadnego wyroku. I jedyne, o co się upominał, to wyjaśnienie statusu prawnego swojej izolacji.

Z nauką przebaczania łączyła się nauka pokory. Prymas był człowiekiem wysokim, postawnym, dostojnym. Ale mimo całej swojej zewnętrznej wyniosłości nie był zarozumiały ani pyszny. Cenił sobie godność Kościoła i godność własną - księcia, kardynała, interreksa. Wiadomo z historii, że w okresie bezkrólewia to zawsze prymasi sprawowali w Polsce władzę. Ksiądz prymas uważał, że to był właśnie czas interreksa. Ale był człowiekiem pełnym pokory. Kiedy ciężko chorowałem, ksiądz prymas przychodził, rozścielał koc na posadzce, otwierał okno, zawijał mnie w drugi koc, brał mnie na ręce, kładł na posadzce, przewijał siennik, wietrzył. Potem szedł do łazienki, w której na ogół bywała tylko zimna woda, obmywał mi nogi, obmywał mnie całego, wycierał, opatulał w jakieś koce i kładł mnie z powrotem na moją pryczę. To była właśnie lekcja świadcząca o wielkiej pokorze księdza prymasa, o jego szacunku dla wszystkich ludzi.

Następny przedmiot: nauka pracy, dyscypliny, dokładności, ładu i porządku. Ksiądz prymas bardzo dużo w więzieniu pisał. Wiele jego dzieł powstało właśnie w więzieniu. A jakiż u niego panował ład. Mawiał: "Można poznać człowieka uporządkowanego wewnętrznie po ładzie, jaki panuje w jego mieszkaniu. Kiedy wszystko jest na swoim miejscu, to i Pan Bóg jest na swoim miejscu".

Daję świadectwo

Po wyjściu z internowania mieliśmy czasem ze sobą kontakt. Niech świadectwem będą słowa, zacytuję zapiski księdza prymasa: "Miałem możność oboje poznać na tyle, że jestem pełen przekonania o moralnej uczciwości obojga. Trzeba podkreślić, że poziom duchowy księdza był o wiele wyższy od wysokiego. Był to człowiek głębokiej wiary, uczuciowej modlitwy, kochający Kościół i oddany mu całym sercem. Zainteresowania jego były jedynie wybitnie kościelne i religijne. Chłonął książki teologiczne. Jedyną dygresją było zainteresowanie sportem. Ksiądz miał wybitne powołanie kapłańskie, które kochał całą duszą. Naturalną jego skłonnością w rozmowach były tematy kościelne. Życiem politycznym niemal nie interesował się i niewiele o nim wiedział".

I kończy ksiądz prymas tym, iż trzeba się radować, że było nam dane cierpieć dla imienia Chrystusowego. Pisałem o tym w swojej książce zatytułowanej "Jestem świadkiem" wydanej nakładem Archiwum Państwowego z okazji osiemdziesięciolecia moich urodzin i pięćdziesięciopięciolecia kapłaństwa. Staram się dawać to świadectwo o księdzu prymasie wszędzie, gdzie jest to możliwe. Mimo że byłem bardzo często zastraszany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, którzy mnie wzywali, jeszcze w Lubaczowie, w Rzeszowie, i twierdzili, że mogą mnie skompromitować, jeżeli będę opowiadał o tamtym czasie. Ale uważałem, że to jest mój obowiązek, i z czystym sumieniem dlatego to świadectwo daję. A przed Bogiem jestem zupełnie spokojny.

Drukujemy niepublikowane wspomnienie księdza Skrodeckiego, które przed premierą filmu "Prymas. Trzy lata z tysiąca" we wrześniu 2000 roku zanotowała Barbara Hollender.




Dr Jan Żaryn, historyk z Biura Edukacji Publicznej IPN
Gra bez wyboru

Od ponad roku w Instytucie Pamięci Narodowej prowadzone jest śledztwo w sprawie okoliczności uwięzienia prymasa Stefana Wyszyńskiego. Co dokumenty MSW mówią o ks. Stanisławie Skorodeckim?

JAN ŻARYN: Dokumenty obejmują okres 1953 - 1956 i składają się z dwóch części. Pierwsza to odręcznie robione zapiski, dzienne meldunki dotyczące rozmów przeprowadzonych z księdzem prymasem przez źródło "Ptaszyńska" i źródło "Krystyna", czyli siostrę Marię Leonię Graczyk i księdza Stanisława Skorodeckiego. Drugi rodzaj materiałów, czyli meldunki dzienne podpisywane przez komendantów obozów, w których był internowany prymas, stanowią wyciągi z pierwszych źródeł oraz dodatki w postaci podsłuchu.

Czy jest pewność, że "Krystyna" to był pseudonim ks. Skorodeckiego?

Historyk nie ma w zasadzie wątpliwości.

Dlaczego zdecydował się na tę współpracę?

Tego nie wiemy. Możemy się tylko domyślać, że kiedy siedział w więzieniu w Rawiczu, funkcjonariusze UB podjęli z nim rozmowę na temat współpracy. Nie jest jednak znana dokumentacja na temat zakresu zobowiązania ani powodów, dla których ksiądz Stanisław zdecydował się współpracować. Ale takie dokumenty mogą się jeszcze odnaleźć, nie wszystkie zostały IPN przekazane. Trzeba pamiętać, że ks. Skorodecki był więźniem i miał bardzo małe możliwości manewru. Mógł najprawdopodobniej odmówić, co wiązałoby się z dodatkowymi represjami, a nawet możliwością utraty życia. Z dokumentów wynika, że próbował zminimalizować szkody swojej działalności. Komendant bardzo często był niezadowolony z jego usług.

Ksiądz Stanisław zyskał olbrzymie zaufanie księdza prymasa, co tym bardziej czyni smutnym całe wydarzenie. Prymas wiedział, że siostra Maria może prowadzić niepotrzebne rozmowy ze strażnikami, do ks. Stanisława miał natomiast pełne zaufanie. Oni razem szukali podsłuchu, razem decydowali się, by przejść na włoski i łacinę, co pozbawiało komendanturę szans na zrozumienie tego, o czym rozmawiają. Zapewne przed komendantem tłumaczył się, że przecież nie może odmówić prymasowi wspólnego uczenia się włoskiego, bo byłby zdekonspirowany. Miał więc argumenty, by grać z komendantem obozu. Jako człowiek uwięziony był bezbronny, ale z drugiej strony prowadził grę w ramach zła, na które się zdecydował.

Ks. Skorodecki kilkakrotnie zaprzeczał, że był źródłem lub informatorem UB. Mówił, że wobec księdza prymasa ma czyste sumienie.

Jest to dramat człowieka, który pozostawił historyków z wieloma niewyjaśnionymi kwestiami. Istnieje obawa, że nigdy już nie da się odczytać wszystkiego do końca, a każde przesunięcie akcentu w interpretacji może być dla niego krzywdzące.

Komentarze

Wyświetlanie Sortowanie
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować. Zarejestruj lub zaloguj się
SERWIS PRACY NEXT-JOBS

PRACA INSPEKTOR BHP

INDIE byłem Tam w grudniu 2015


Studia Podyplomowe BHP WARSZAWA od 16 grudnia 2018


Bezpłatne Szkolenia BHP dla pracowników przez internet


Podyplomowe studia bhp zobacz posłuchaj


Podyplomowe studia bhp zobacz posłuchaj


Podyplomowe studia bhp zajęcia z 24 czerwca 2015


Podyplomowe Studia BHP w Wakacje zajęcia z 24 maja 2015


Podyplomowe Studia BHP w Wakacje zajęcia z 16 maja 2015


Studia BHP od 14 maja 2017 w Wakacje Też przez Internet


Podyplomowe Studia BHP zajęcia z 21 grudnia2014cz1


Podyplomowe Studia BHP zajęcia z 21 grudnia2014cz2


Podyplomowe Studia BHP zajęcia z 14 grudnia2014cz1


Podyplomowe Studia BHP zajęcia z 14 grudnia2014cz2


Podyplomowe Studia BHP zajęcia z 7 grudnia 2014

Nową edycje rozpoczynamy 19 listopada 2017

To jest pierwszy test zarejestrowania  naszych zajęć w sieci.
Tym sposobem każda osoba w necie będzie mogła uczestniczyć w zajęciach bez względu na miejsce swojego pobytu. Osoby które nie były obecne 7 grudnia 2014 miały możliwość oglądania przekazu na żywo a teraz mają wgląd w nagranie.
Następne nasze zajęcia mamy  w niedzielę 14 grudnia 2014 i będziemy przekazywać  w całości od początku zajęć.
Dzięki tej formie przekazu możesz słuchać naszych zajęć w samochodzie i oglądać leżąc w łóżeczku.
Temat następnych zajęć   : Wypadki przy pracy
ZAPRASZAM wszystkich a osobom zainteresowanym dam linka do transmisji online na żywo.
Nagranie jest technicznym  Testem możliwości a  w przyszłych  transmisjach  będziemy dążyć do ciągłego  doskononalenia.

Pytania w trakcie zajęć można będzie zadawać dzwoniąc po nr
501-700-846 pod tym numerem też zapisujemy na studia koszt 4500 zł

Podyplomowe Studia BHP zajęcia z 14 grudnia 2014częśćtrzecia


Centrum Studiów Podyplomowych Kraków


Cookies pliki

Na naszych stronach  są wykorzystywane pliki cookies. Stosujemy je w celach zapewnienia maksymalnej wygody użytkowników. Użytkownik ma możliwość samodzielnej zmiany ustawień dotyczących cookies w swojej przeglądarce internetowej.  Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij w Zamknij. Jeżeli nie wyrażasz zgody - zmień ustawienia swojej przeglądarki.

KATALOG SZKOLEŃ


Jak Lato to Lato z Salezjanami

.


Kodeksy Pracy -Karny -Cywilny


Kategorie


Ostatnie artykuły


POZWOLENIA ZINTEGROWANE-HANDEL CO2


Polecamy ebooki



BHP EKSPERT Sp.z o.o. UWAGA adres do korespondencji: BHP EKSPERT 31-753 KRAKÓW ul.Tadeusza Lehra Spławińskiego 2

NIP 678-315-47-15 bhpekspert@gmail.com
tel.kom.(0)501-700-846
Tworzenie strony: 1,1624901294708 sekund.